Akty i sceny kukiełkowej rzeczywistości Antosi, czasem soczyście umajone didaskaliami, czasem z dramatu powstałe lub pełne komedii... A bohaterka Antosia każdego dnia gra siebie... Cudowne Dziecko. Bo Cuda się zdarzają...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty

11 czerwca 2013

Do lata

Zamiast letnich kiecek kombinezon płetwonurka powinnam z szafy wytargać. Nasza mała rzeka niemal na podwórka wchodzi a pola i ogrody utonęły błocie. Trawa dawno kupiona do posiania - czeka na lepsze czasy, bo na miejscu dla niej przeznaczonym mamy 45 arowy basen.... luksus, prawie luksus. 

 

Mierzi do kości taka pogoda. I trochę po głowie strach biega, wspomnienia z lipca w '97 roku, gdy wszytko w wodzie utonęło. Pan w krawacie w TV setny raz opowiadania o samochodzie, który został zalany w stolicy - sensacja! Cicho jednak o polach, które utonęły pod wodą - zbożach, warzywach i owocach, które gniją na potęgę. O tym cicho, rok pracy setek tysięcy rolników nie jest rzecz jasna tak spektakularną stratą jak kilka samochodów, których wartość jest niewspółmiernie mniejsza - bardziej jednak namacalna dla widzów. A może stronnicza jestem bo te pola uwielbiam, polskie warzywa i chleb z polskiej mąki. I szanuje - bo wiem ile to trudu, pracy i serca kosztuje... 
No i dzieci lubią słońce najbardziej na świecie...




Mój Pełzak kochany oburza się gdy rodzicielka z kolan targa na ręce - bo grunt aż chlupie od przemoczenia deszczem. Spodnie i rajty mokre. Antka sztukę raczkowania opanowała do perfekcji - z prędkością światła pędzi po kamyczkach, piaszczystym gruncie i betonowej kostce. Małe kolaniska czarne i ubłocone - lekko pokaleczone od drobnych kamyczków. I z tym sobie Tosinka radzi, bo trenuje raczki na jednej nodze - naprzemiennie by odciążyć choć na chwile jedno z kolan. Spryciara mała. Tup, tup, tup i już stoi. Gdzie się da. Wdrapuje się z takim sprytem, że aż wierzyć mi trudno. Ruchliwość ma  nie wiem po kim - bo przyznaję trudno za Nią zdążyć. 3 sekundy i już jest na schodach - więc oczy dookoła głowy. I mimo, że świetnie sobie radzi w wejściem i ślizgiem z zejściem, na krok Jej zostawić nie mogę. Wstaje i drepcze samodzielnie gdzie tylko się da. Przy meblach, przy drzewie, kanapie - na grawitacje w dalszym ciągu nie zważa - choć z wysokiego łóżka w 2 sekundy zejść bezpiecznie potrafi.
A kiedy na kilka dni słońce łaskawiej zawita, do domu Jej zaciągnąć nie sposób. I tylko piski i radość Jej wielką z daleka słychać. Podwórko, ogród i każdy zakamarek odkrywa na własnych kolanach - co znajdzie posmakuje, poliże i z miną odkrywcy podąża dalej. 
Ani błoto, ani woda nie są przeszkodą, ani trawy wysokie... 
Weekend łaskawy był i słońce -  a my tup, tup już "koko" oglądamy i pawie u sąsiada... I chcemy lata! Może latem już piechotą ten świat Antosia przemierzać będzie? Właściwie nie spieszno mi do tego bo wiem, że wtedy trudno mi będzie za Nią zdążyć z Jej napędem no i chodzące dzieciaki to już prawie nie NIEMOWLAKI:) 
Tym czasem smażelina na słońcu nam się marzy, truskawki i słodkie czereśnie gorące od słońca i jego promienie budzące o poranku.... Wierzę, że do to się za chwilkę zdarzy bo do lata już tylko ciut, ciut.

A tutaj weekendowe skrawki z Antosiowego świata poznawania. Bez uprzedzeń do mokrej trawy, błota i deszczu, który kapie na nos - zupełnie inaczej niż Matka - ja mam dość deszczu, czekam na lato!
 



23 kwietnia 2013

Nosi nas

Lubię, gdy pszczoły na lipach brzęczą. Lubię,  gdy jabłonki kwiatem zasypane. Piwonie w ogródku pod domem i kanapkę z rzodkiewką i sałatą ze szklarni Taty. Lubię sarny i bażanty, które tej wiosny bezczelnie wchodzą prawie pod okna. Lubię,  gdy sąsiedzi nie widzą, co mam na grillu i zapach wiosną koszonej trawy. Lubię dobrze zorganizowane społeczności lokalne. I jajecznice z wiejskich jaj. Kapliczki przydrożne, pola maków, dzikie ogrody i zapach lasu. I łabędzie na naszej rzece. I wspomnienia z dzieciństwa na wsi...

 

Lubię też miejski zgiełk. Spacer po Rynku. Kawę niespiesznie pitą w przemiłym miejscu i sernik w jej towarzystwie. Patrzeć na ludzi gdy pędzą, dorabiać w głowie historie, słuchać  gdy mówią coś ukradkiem pod nosem. Mogłabym tak siedzieć i zerkać na ten miejski pęd. Baaa... gapić się mogę z otwartą gębą. Afisze kin i teatrów czytać. Wybrać coś i pójść. Na obcasach i w krasne usta się ubrać i zapach kobiecy. Lubię zadzwonić nagle, na spacer kogoś wyciągnąć i dobrze się bawić, coś wspólnie zaplanować. I zakupy lubię - przypadkowe i udane, z nieplanowaną bluzką, o jakiej marzyłam wyjść bez dysonansu pozakupowego z uśmiechem. Lubię miejskie parki. Na jedzenie wyskoczyć  lubię, odkrywając nowe miejsca i smaki.


Z tej naszej wiejskiej wsi mam jednak czasem ochotę uciec. Czuję się lekko jak na smyczy, trasy znane pokonujemy każdego dnia. Ani tu dzikie Bieszczady, ani nieskazitelna przyroda ani Mazury moje ukochane. Sklep licho zaopatrzony, błoto na ścieżkach leśnych nie do przejechania wózkiem. Chodnik jak spacerniak w więzieniu krótki i ograniczony domami, szosą lekko ruchliwą. I znajome twarze zerkające zza płotów - więc dzień dobry mówimy, co słychać słyszymy - i po spacerze... Nawet obcasy jakoś nie przystoją w tym naszym wiejskim świecie. Choć ja - mimo, że kosodrzewna z obcasami przyjaźnię się z rzadka.

Są więc dni gdy mnie nosi. Mam dość rytmu. Codzienności dość. Chcę być Babą in the City - w stukających butach i kwiecistej sukience, z książką w kawiarni, z udanych zakupów wracać. Być anonimową...
Tyle, że  in the City, to ze mnie bardziej Mama. Z obcasów więc rezygnuję, z kiecki nie. Cenię wygodę. Kawa bez książki, za to z deptaniem po maminych kolanach, musem śliwkowym na dekolcie - bo Antka odkryła parkowanie z zaskoczenia nosem w ciepłych piersiach Mamy. A zakupy... hmmm głownie dzieciowe - bo z nich mam znacznie większą frajdę - i wiem, co bym chciała:) Kino zamieniam na spacer z Antosią, tropienie gołębi, ekscytację pieskim szczekaniem i na wiatr, który rozśmiesza samym wianiem.


Męczą mnie jednak po czasie tłumy w parku i plac zabaw,  na który pół miasta się zeszło.
Niedziela więc dzielona - tym razem uznałam, że kompromis jest niezbędny. Przedpołudnie o zapachu spalin, perfumowanej galerii handlowej, aromatu kawy i miejskiego parku. 
Popołudnie daleko w lesie, z ptasią melodią i zapachem rozgrzanej ziemi od słońca. I świetne wiejskie, dziecięce przywitanie wiosny. Swojskie, piknikowe, doskonale przygotowane przez Panią Sołtys. Frajda ogromna dla dzieciaków, pogaduchy dla rodziców, czyste powietrze i klimat swojski.
 

Zawsze dobrze mi robi choć krótki wyjazd czy to we dwie czy we trójkę. Od kiedy Mamą jestem, na urlopie wychowawczym tęskno mi czasem do zgiełku, do "ludzi". Zawsze też z wielką radością do domu wracam, na wieś, gdzie brak brukowanych tras spacerowych i sklep lichy za Ratusz służy. Ale lubię. Trudno "BABIE" dogodzić... ale cóż, jakoś z wiosną mnie nosi. Tyle jest nowego do zobaczenia razem, do pokazania, do odkrycia.



Jutro znowu wiosnę smakujemy we Wrocławiu... i przy okazji trochę poćwiczymy. W tajemnicy Wam powiem, jest  nawet szansa na przerwę w rehabilitacji:) ale ciiiii

19 kwietnia 2013

Eksplozja doznań i ...wiosny

Przyszła w zielonej sukience i kwiaty sieje. Słońcem do okien zagląda, ptaki śpiewnych melodii uczy. Mamy z wózkami z domów wyciąga a dzieciom daje piasek, wiatr i trawę zieloną. 
Zima zapomniała Antosi oponkę na brzuchu zostawić, na szczęście z wiosną, Tośka odzyskała apetyt i fryga pięknie i solidnie. Moc więc przybywa a Marszczynos zasuwa z prędkością Kubicy, dociera wszędzie nie bacząc na mamine i babcine zakazy. I tylko małym paluszkiem "nu nu nu" pokazuje jakby, co drugiej rzeczy w domu ktoś taką nazwę nadał.
 
I wspina się wszędzie i po wszystkim, noga Taty, krzesło, kanapa, wózek dla lal, który  nieposłusznie odjeżdża. Nogi ciągle chyboczą, stópki robią ... co chcą. Ale Tośka stoi - i radość ma przy tym przewielką:) Czasem zapomina, że bez rąk to stanie się nie uda i brawo zaczyna bić, a potem ...bach. I śmiech z tego lub płacz rozpaczliwy. 
Ale wiosna pochłonęła nas obie bez reszty - robimy kilometry, zupełnie opętane świeżym powietrzem, lasem i wiatrem we włosach. Rozkoszuję się łatwością wyjścia z domu po prostu  - bez przygotowań i planowania. Butelka z wodą, jakiś chrupek i kilka zabawek w torbie, koc obowiązkowo by rozprostować kości. I w drogę. Korzystam z tego, póki wózek się jeszcze Antce nie znudził i nie odkryła, że można się wiercić, z pasów wyrywać.

Antosia z wiosną w niekończącej euforii świat zaczeła odrywać. I z każdym dniem zaskakuje mnie szczerze. Mamy więc wspólną frajdę z motyli, co skrzydłami trzepocą, ptaków, co frrrrrr robić potrafią, trawy, co błotkiem jeszcze smakuje, suchych liści, patyków, robaków... i traktorów - co najgłośniej we wsi trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr robić potrafią. I Tosia potrafi.
Muszę tylko pokonać w sobie niechęć do brudnych rączek, kolan czarnych i czasem oczy przymykać na koniczynę, gdy z buzi wystaje. A bez bicia przyznaję - mam z tym kłopot!

 

08 kwietnia 2013

Wiosenne postanowienia

Wiosna przyszła. Aż strach mówić o tym głośno bo jakaś złośliwa w tym roku. Jest nawet obawa, że czas który lubię w niej tak bardzo czyli PRZEDWIOŚNIE z nieśmiałym słońcem, zapachem ziemi i chłodnawym jeszcze wiatrem natychmiast zamieni się w tropiki.
Antka nareszcie załapała rytm 2 drzemek w ciągu dnia. Ta redukcja z 3 do 2 daje nam więcej czasu na spacery i eksplorowanie świata. Tyle rzeczy mamy do zobaczenia, tyle mamy do dotknięta, tyle do posmakowania w tym świecie za szybą. Mnie zaś  nowy porządek pozwala na trochę odpoczynku i samozajęcia, bo Antkowe przysypianki dłuższe.
Ale ten dzienny rytm dłuższych drzemek na nocne szaleństwa jakby zamieniła. Od czasu infekcji w święta na dobre pokochała łóżko rodziców. I zupełnie jakby w jej maleńkim materacu ktoś szpilki powsadzał - Tosienia na baczność wstaje po włożeniu do swego łóżeczka. 
Liczba pobudek wzrosła a ilość nieskutecznych prób odłożenia wraz z nimi. 
Może to niepopularne, ale zdecydowanie marzy mi się powrót do starych reguł, kiedy to bywała sporadycznym gościem łoża małżeńskiego rodziców. W okolicach 9 miesiąca Antki zaczęliśmy zabierać Antosię do siebie... i tak jest do dziś. Czuję, że czas podjąć wyzwanie i na powrót odzyskać przynajmniej łóżko, zawalczyć o jakość spania,  bo na długość nie liczę:) Niechże to będzie nasze rodzicielskie, wiosenne postanowienie. Ciągle jednak okazuje się, że nie jest to dobry czas...
A bo teraz zęby, gorączka, albo my nie w formie. Do weekendu czekamy? A w weekend - jakoś nie  wychodzi.  I tak mamy - pobudkę, za pobudką:(

Antka po wojażach w nocy - niezmiennie rozkoszna, z uśmiechem i gotowa do nowych zabaw. 

 
Zdjęć rodziców po nieprzespanej nocy... nie ujawniamy;)



A skoro wiosna ... pakujemy zimowe, czapy, szaliki, kombinezony i... z nowej pozycji świat oglądamy. Gondolę w wózkiem ostatni  raz do snu zabrałyśmy. Z wiosny cieszymy się obie, szczerze, ogromnie i na nowe wyzwania gotowe czekamym na wzrost temperatur a potem już tylko - czapki z głów!!!