Akty i sceny kukiełkowej rzeczywistości Antosi, czasem soczyście umajone didaskaliami, czasem z dramatu powstałe lub pełne komedii... A bohaterka Antosia każdego dnia gra siebie... Cudowne Dziecko. Bo Cuda się zdarzają...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty

18 listopada 2014

Złota polska



Gdyby jesień każdego roku była jak w tym - na pewno mniej bym się jej bała.
Nie ograniczały nas deszcze ani błoto - czasem tylko wprawiała w zakłopotanie wysoka temperatura i słońce, jakby sierpniowe. Wierzyć się nie chce, że gołe nogi w październiku miały dzieci i nawet w listopadzie można było złapać sporo słońca.
Jabłka w sadzie smakują w takie dni bardziej.
Zupa dyniowa na dworze i ziemniaki z ogniska.
Poproszę tak do wiosny... z małą przerwą na śnieżne dni w Święta.













04 grudnia 2013

Listopad w pigułce

Listopad zapakował nas z Antką w  rajtuzy. Zmusił do zabaw bez udziału świeżego powietrza.
Zaczęło się gilami, inhalacjami i litrem syropu.
I niby spokój taki. Przed burzą, ale spokój. Sobie same, dla siebie jesteśmy. Budujemy, klocki wysypujemy 100 razy dziennie. I obowiązkowo bawimy się w zasypianie i chrapanie. Wszędzie - na podłodze najchętniej. Tocia piii..... obuuu :) i jak już obudzę, zasypia ponownie;)
Jakby więcej potrzebuje mojej uwagi. Wspólnych zabaw. Jej wyobraźnia podsuwa coraz to nowe zabawy. Wciąż najchętniej te w ruchu. Uwielbia składać...serwetki,, chusteczki, ubranka. Ubiera kolejne warstwy i paraduje w nich w domu. 
A ja dałam urlop aparatowi fotograficznemu. Po pierwsze znacznie to trudniejsze niż gdy śmigała po podwórku, po drugie mój aparat nie robi ostrych zdjęć w pomieszczeniach. Listopad był więc czasem uwieczniania Antki w słabej jakości zdjęciach z telefonu. Ale i te mają w sobie urok.
Dziś kilka z nich









 















18 listopada 2013

Na kłopoty ..kret

W listopadzie lekko utknęłyśmy w domu. Najpierw smarkanie, inhalacje i syropy. Potem zimnica, która mnie zdecydowanie zniechęcała. Przez zwolnione tempo - oczywiście wyłacznie przeze mnie, czuje w kościach niepokój. Bardziej dziś, niż jeszcze wczoraj boje się o to, czy się uda. Czy wszystkiemu podołam. Czy ze wszystkim sobie poradzę.

Czy codzienność nie zagarnie pasji w swoje ramiona, odbierając radochę. Czy pieniędzy do pierwszego wystarczy. Czy mam rację. Czy okno nie jest za małe. Czy jednak jeszcze jest sens siać trawę. Czy umiem wychować Antosię tak by nawet z najtrudniejszą sprawą za 15 lat przyszła najpierw do mnie. Czy odstawić Ją od piersi?  Czy prezenty już kupować? Czy szczepić czy czekać.... Czy tę szafę bielić czy raczej kłaść politurę?






Listopad nie służy mi w podejmowaniu decyzji. A już podjęte, komplikuje, i to solidnie. I choć marna  w tym jego zasługa, wole pozbyć się poczucia, że od pogody to zupełnie nie zależy, a ode mnie. Pozwalam sobie zrzucić na garb jedenastego miesiąca roku, mój niepokój w sercu. Szukam w głowie jakiegoś porządku. I tej dobrej energii, która jeszcze przed chwilą we mnie siedziała. 





Szukam i szukam. Chwile mi zabiera by ją odnaleźć. Ale jest...
Moja Dobra Energia niestrudzona gania po polu kukurydzy w poszukiwaniu za "dzikimi kretami". O tym zapewnił nas Fi - są i w dodatku są dzikie! O! Zdziwieni? Ja też!
Przyznaje, że taka pogoń za kretem, którego na szczęście nie udało nam się odnaleźć skutkuje lepszym nastawieniem do sterty trudności. Polecam więc kreta jako antidotum na rosnącą rolę problemów w życiu dorosłych osobników.

10 listopada 2013

Teoretycznie

Teoretycznie właśnie skończył mi się wychowawczy.
Teoretycznie też, czas ten, można nazwać urlopem. 
Teoretycznie do pracy wróciłam.
Teoretycznie pora na nowe.
Teoretycznie wraz z końcem wychowawczego, pora na początek wychowywania. Bo wierzcie, że trzeba.




 Ale to wychowywanie chyba już zaczęłam wiele miesięcy temu. Ucząc każdego dnia, że trzeba cieszyć z momentów. Doceniać chwile. Dziękować. Marzyć. Być lojalnym. Ufać. Kochać
Mam tez nadzieję, że poradzi sobie lepiej niż ja, gdy trzeba będzie zawalczyć o swoje.  I że czasem nie warto się bać. Zwlekać nie warto.





Te Jej piękne oczy mówią mi dziś, że nawet jak jest trudno, warto walczyć. Podwijać rękawy i mierzyć się z wyzwaniami. Próbować sił. Marzyć i spełniać. Ale w zgodzie ze sobą i dbając o siebie właśnie. I dla Nich.

Wcale już nie teoretycznie!

05 listopada 2013

Znowu w lesie

Antka walczy z zapaleniem oskrzeli. Dziś odzyskuje spokojny sen bo kaszel nareszcie ustaje, a ja robię porządek w październikowym katalogu ze zdjęciami. I jakoś dużo tego... bo dużo pięknych, zabawowych dni na podwórku za nami. Łaskawy to był miesiąc pod względem pogody.
Chwile temu była też piękna, cieplutka sobota. I nasi Goście - Ewa i Lily. Różnica wieku między dziewczynkami powoli się zaciera. Lily cudna opiekunka - trzymała Antkę za rękę - gdzie tylko mogła, chciała karmić, wózek prowadzić, głaskać. Tyle, że moja mała 19stka - już nie taka chętna do tej opieki - bo sama chce świat przemierzać.  Tradycyjnie poszłyśmy do lasu - dziewczyny szalały w liściach i zacienionym lesie sosnowym. A my gadałyśmy.... no i trochę "cykałyśmy"