W listopadzie lekko utknęłyśmy w domu. Najpierw smarkanie, inhalacje i syropy. Potem zimnica, która mnie zdecydowanie zniechęcała. Przez zwolnione tempo - oczywiście wyłacznie przeze mnie, czuje w kościach niepokój. Bardziej dziś, niż jeszcze wczoraj boje się o to, czy się uda. Czy wszystkiemu podołam. Czy ze wszystkim sobie poradzę.
Czy codzienność nie zagarnie pasji w swoje ramiona, odbierając radochę. Czy pieniędzy do pierwszego wystarczy. Czy mam rację. Czy okno nie jest za małe. Czy jednak jeszcze jest sens siać trawę. Czy umiem wychować Antosię tak by nawet z najtrudniejszą sprawą za 15 lat przyszła najpierw do mnie. Czy odstawić Ją od piersi? Czy prezenty już kupować? Czy szczepić czy czekać.... Czy tę szafę bielić czy raczej kłaść politurę?
Listopad nie służy mi w podejmowaniu decyzji. A już podjęte, komplikuje, i to solidnie. I choć marna w tym jego zasługa, wole pozbyć się poczucia, że od pogody to zupełnie nie zależy, a ode mnie. Pozwalam sobie zrzucić na garb jedenastego miesiąca roku, mój niepokój w sercu. Szukam w głowie jakiegoś porządku. I tej dobrej energii, która jeszcze przed chwilą we mnie siedziała.
Szukam i szukam. Chwile mi zabiera by ją odnaleźć. Ale jest...
Moja Dobra Energia niestrudzona gania po polu kukurydzy w poszukiwaniu za "dzikimi kretami". O tym zapewnił nas Fi - są i w dodatku są dzikie! O! Zdziwieni? Ja też!
Przyznaje, że taka pogoń za kretem, którego na szczęście nie udało nam się odnaleźć skutkuje lepszym nastawieniem do sterty trudności. Polecam więc kreta jako antidotum na rosnącą rolę problemów w życiu dorosłych osobników.