Akty i sceny kukiełkowej rzeczywistości Antosi, czasem soczyście umajone didaskaliami, czasem z dramatu powstałe lub pełne komedii... A bohaterka Antosia każdego dnia gra siebie... Cudowne Dziecko. Bo Cuda się zdarzają...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nad rzeką. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nad rzeką. Pokaż wszystkie posty

20 listopada 2014

Nad rzeczką


Ta rzeka nasza ma w sobie coś niezwykłego. To moje dzieciństwo. Przepiękne wspomnienie wodnych szaleństw od świtu do nocy.... z małą przerwą na jedzenie. Bywało i tak, że za główny posiłek służyły nam papierówki z sadu czy agrest.
Bez opieki dorosłych... o tak. Z lekkim nadzorem starszych kolegów co umieli kraulem i nawet nurkować całe wieki,  ale na "jamę" nie pozwalali chodzić. Bo tam nas "kryło" - mnie właściwie wszędzie kryło...Z oddali tylko głosy matek raz na jakiś czas słychać było, jak po imieniu wołały swoje dzieciaki do domu. 
Z sinymi ustami i pożyczanym ręcznikiem od kolegów spędzaliśmy nad tą rzeką całe letnie dni.
Jesienią rzeka cudownie zarastała i nie była już taka interesująca.... 
Teraz uwielbiam ją jesienią, jak łabędzie po niej płyną. Jak spokojnie w swoim tempie niesie kolejne zdobycze, to patyk, kłodę i suche trawy. 
I Antosia lubi to miejsce. Zakazane kamyki wrzuca do wody, czasem na łabędzie uda się trafić. Z suchej czciny robimy wędki i łapiemy złote rybki. 
Za takie ranki dziękuję ogromnie. Ranek mój z nią. Tylko nasz. W dodatku nad naszą rzeczą.
I choć nie stać mnie na to by pozwolić jej za 2 czy trzy lata samodzielnie na kąpiel w tej rzece to mam nadzieję, że to będzie i jej wspomnienie z dzieciństwa.









14 marca 2014

Jeszcze zimowo


Mały spacer nad rzeką kilka tygodni temu... wiem spóźniony, jeszcze zimowy.
Ale niech będzie, tak na pożegnanie zimy...
Nic nie cieszy bardziej nad rzeką niz kaczki.
A właściwie kąpiel w niej mogłaby cieszyć, nawet bardziej niż kaczki.

 

25 lipca 2013

Tup, tup i.. bęc

Stoję 5 metrów dalej. Patrzę. Wciąż nie mogę pozbyć się myśli, że przecież jest taka tycia. Po głowie krąży wspomnienie, jak przy inkubatorze siedzę, za rączkę trzymam i czytam Calineczkę. Ona śpi. Gdy osiągnęła zawrotną wagę 2 kilogramów wydawała mi się już na prawdę duża w stosunku do nowo urodzonych koleżanek.

Każdego dnia, zatrzymuję się z tą myślą, że z Calineczki już duża Dziewczyneczka. Samodzielność powoli zaczyna smakować. Ręce Mamy dobre - ale gdy "buba" albo sen zmorzy. Antosia nieśmiało sama zaczyna stawać. Staje tyłem do ściany, stołu, czy mebli i próbuje utrzymać równowagę. Mała chwila i bęc... już na tyłku. I tak milion razy dziennie, wszędzie. I bez przerwy. To bez przerwy w 30 stopniowe letnie dni jest dla mnie wyzwaniem. Antka nie zatrzymuje się ani na chwile. Cel i ogni. Byle do przodu. A ostatnio byle wyżej...  Znowu z grawitacją jest czasem na bakier, ale już tylko czasem.
Małe nóżki chcą już stać i iść. Same.








Są też miejsca i rzeczy, która zajmują Antkę na dłużej. Zwierzęta No.1. Z psem, kotem czy sową (lasu) jest zawsze o czym pogadać.
Ale też zabawkami potrafi zając się solidnie - ulubione lale karmi, dzieli smoczkiem, tuli. Kartonowe klocki ukazały się hitem. Mają mnóstwo pięknych ilustracji zwierząt, a wyobraźnia Antosi pozwala z nich robić i krzesełko i poduszkę, wieżę i nawet naczynia. Ostatnio to zabawkowy hit! Towarzyszą więc nam również w zabawach podwórkowych.





No i wózek znowu wrócił do łask. Tym razem nie jest już jego pasażerką a zawodowym pchaczem. Po tym, jak wózek dociążyłam poszewką z piaskiem, nawet z górki zasuwa z nim bez awarii.
Antka więc w pionie, porusza się ruchem przyspieszonym. Tup, tup, tup... i bęc. Ale wszytko wygląda na to, że to już ostatnia prosta i Antosia zacznie dreptać sama.

A ja znowu patrze i myślę... Cudzik mój ukochany!


02 lipca 2013

Rodzinnie nad Smortawą

Wakacje pamiętam z moimi kuzynkami. Dom Cioci ożywał latem, gdy dzieciaki się zjeżdżały.  Wtedy zabawy w domek przy stolarni wujka Miecia - były istnym rajem, pełno było przeróżnych trocin i skrawków drewna z których gotowałyśmy solidnie i pysznie. Były chlebki i mąka, były wiórki kokosowe i dżemy - wszytko EKO, ale tak o tym myśli się dopiero dziś.  Nikt nie dostarczał nam drewnianych tortów, kanapek, warzyw czy słodyczy ślicznie farbami malowanych. Nasza wyobraźnia sama malowała uczty prawdziwe i bogate - ani smaków, ani kolorów nie brakowało. Było nas dużo. Wakacje smakowały chlebem ze śmietaną, cukrem i cynamonem. Patrzyłam na kilka lat starsze Kuzynki piękne jak Boginie z zazdrością. Wszystkie tak cudnie prawie dorosłe, znikały w sadzie, na strychu szepcząc i stroniąc od małolatów.

Godzinami wisieliśmy na drzewach skubiąc czereśnie, z sinymi ustami od zimna moczyliśmy tyłki w rzece. Ściany pokoju, przez lata nie używanego, starsze "towarzycho" wymalowało tak, że przez słów mi brakowało gdy stałam w progu. Wtedy smok, Pszczółka Maja robiły wrażenie. Dziś wzruszam się na myśl o kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, którą Dziewczyny z myślą o srogiej Babci wymalowały. Dla mnie Cioci-Babci, której dyscyplinę ale i ciepło, miłość ogromną do dziś czuje na skórze. 




Zabawy w domek i dzieci przestały być zabawą. Stały się dla nas piękną codziennością. Z żalem patrzę na dom i sad, który od kilku lat obcy ludzie skolonizowali. Listopadowe święta sprawiają, że z kołnierzami na baczność  mamy okazję choć na chwilę się spotkać - czas jednak sprawił, że grób pradziadków nie jest jedynym jaki wspólnie odwiedzamy.
Mamy piękną i bogatą historię rodziny. Ktoś kiedyś wymyślił by spotkać się, celebrować, pół Polski sprosić i hucznie się bawić. Trochę korzeni naszych obejrzeć, młodych historią zarazić, zobaczyć po latach, poznać... 
Tym razem nad rzeką, którą kiedyś jako dzieciaki okupowaliśmy, spotkaliśmy się w tamtym składzie hucznie inagurując wakacje... Kuzynostwo z rodu J. z przyległościami.  Ani komary, ani mrówki, ani chłód ani świeżo narodzone dzieci, ani odległość nie zdołały nas zniechęcić.


Kolejne, znacznie młodsze od nas, pokolenie biegało tropiąc żuki i ślimaki, nad ogniskiem skakało i próbowało "wytrzymać do dziesiątej"... bo przecież wakacje!
Antosia jak małe cyganiątko z rąk do rąk, zadowolona ogromnie, bo dzieci całe mnóstwo.
Patrzyłam z okna usypiając Antkę na rozbiegane maluchy. Dużo ich. Mamy chyba wdrukowaną w genach rodzinność i biesiadę. Jest coś niezwykłego w tych spotkaniach. Rodowe nazwisko, od którego wszytko się zaczeło powoli znika, bo jakoś sporo u nas Kobiet, przyjmujących nazwisko po mężu. Maluchy z błogą nieświadomośćią gubią się w imionach cioć i wujków - sama kiedyś się gubiłam. Nowe nabytki w rodzinie świetnie sie odnajdują i z przyjemnością świętują, jak mój Mąż.
Czy uda nam się zarazić tą chęcią spotykania i nasze Dzieciaki... nie wiem! Z pewnością ten zjazd kuzynowski będzie miał kontynuację.