Uwielbiam ręczną robotę. Nie, jeśli chodzi o ucieranie ciasta, bo bez wahania włączam ON i czekam na efekt. Doceniam wszystkie idee i umiejętności, które sprawiają, że pięknem i jakością rzeczy można się cieszyć. Ostatnio jest trend na wszytko "hand made". Passe jest jest plastik i tandetna chińszczyzna. Nic dziwnego. Za to pierwsze czasem trzeba słono zapłacić. Ceny z kosmosu mają sprawiać, że towar ekskluzywny. Ale są też takie w rozsądnych cenach.
Od kiedy jestem mamą szczególną przyjemność mam w tych handmadowych cudach. Siedzę i gapie w kolejne pięknie rękami wyczarowane ubrania, zabawki, akcesoria. I podczytuje te zdolne kobiety co piszą o swoich pasjach, oglądam efekty pracy i część kolekcjonuje (wiele niestety tylko w katalogu moich obrazów:"pokoik Tosi")
Lalki szmaciane, zające uszate, zabawki drewniane, girlandy, podusie... całe mnóstwo tego, wyliczać mogłabym długo. Jak to mama jedynej CÓRECZKI - mam słabość do ubierania. Nierozsądnie uwielbiam kupować te małe ubranka. Uwielbiam też usiąść przed jej przepastną komodą i skomponować ubieranko tak, by te małe żywiołowe nóżki mogły swobodnie eksplorować świat przy tym ciesząc moje oczy. Mam w tym dużą przyjemność.
Renesans przeżywają kreatywne pracownie krawieckie, tworzące mini kolekcje dla Maluchów.
A czasy takie, że umiejętność szycia dziś na wagę złota. Niestety nie włożyłam nawet minimum wysiłku by tej sztuki choćby dotknąć - a okazje były. Babcia Krawcowa nie raz zapraszała mnie do starego Singera abym szyła choć ściereczkę czy fartuszek. Z moją cierpliwością... nic z tego nie wyszło - może dlatego, że mając naście lat obciachem było chodzić w tych szytych przez babcie spódniczkach więc i nauka tego fachu była mi nie po drodze.
Mam w głowie obraz siebie, jako małej dziewczynki stojącej na kuchennym stole u mojej Babci. I przymiarki...Pamiętam piękny czerwony płaszczyk - szyty z koła z długim szalem - wtedy zupełnie szałowy. I kolejne spódniczki i kamizelkę w kratę przerabianą z mamy maturalnej. Babcia z Mamą zagadywały bym wytrzymała kolejne przymiarki - debatowały i fastrygowały,... podobno byłam wdzięcznym manekinem bo cierpliwym i ugodowym. Pamiętam też, że marzyłam by choć raz mieć kurtkę ortalionową a nie zawsze płaszcze i palta szyte przez Babcie.
I zabieram się do tego szycia, trochę jak pies do jeża. Zupełnie się w tym nie widzę ale maszyna stojąca w szafie woła mnie czasem... hop, hop - Just try;)
Nie miałam jednak nigdy swetrów robionych na drutach...no może jeden z wiewiórką - jakiś prezent chyba od cioci. Ale w ramach mojej słabości do tego, co zdolne dłonie robić potrafią, robótki ręczne są zaraz za szyciem. I tu Antosia jest w doskonałej sytuacji. Babia (ta z daleka) we współpracy z mamą wyżywa się w tej materii. Stałam się specjalistką od włóczek, wełen, nitek i kordonków. A Babcia dzierga, szydełkuje, czaruje kolejne małe sweterki, tuniczki, getry, cieplusie skarpety i czapki. I wysyła paczki z końca Polskie z tymi dzierganymi cudami. Antka tylko zupełnie niewdzięcznie wyrasta z nich zdecydowanie zbyt szybko.
Na starość chyba największą frajdą oprócz opieki i zabawy z wnusią jest właśnie możliwość ubierania i karmienia. Na szczęście dla Tośki - odległość sprawia, że Babcia Halinka głównie ubiera wnuczkę. Co prawda słoiczki z owocami u nas też babcine...
Ani jednej ani drugiej umiejętności nie umiem oswoić w sowich rękach. Szczerze, mam w swojej szafie guziki zieloną nicią szyte w czerwonych spodniach. I z nawlekaniem igły jestem na bakier. A może jednak gdzieś głęboko drzemie we mnie gen z talentem do handmadowej twórczości... i kiedyś zrealizuję się szyjąc patchworkowe kołderki albo dziergając je na szydełku. Tym czasem babcia Antosi może się wykazać;)