Akty i sceny kukiełkowej rzeczywistości Antosi, czasem soczyście umajone didaskaliami, czasem z dramatu powstałe lub pełne komedii... A bohaterka Antosia każdego dnia gra siebie... Cudowne Dziecko. Bo Cuda się zdarzają...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wcześniaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wcześniaki. Pokaż wszystkie posty

30 kwietnia 2013

1970g - Cały Nasz Świat

Kwiecień plecień bo przeplata. Tamten kwiecień głównie emocje.... znowu wspominam. Chyba nie umiem się uwolnić od pamiętania. Od radości tamtej i bólu, co okaleczył na zawsze. Tamten kwiecień gdy zostałam Mamą dał mi wszystkie uczucia, jakie czuć człowiek potrafi... Czekanie pamiętam i jakby deptanie w miejscu, choć świat pędził na przód. 
Miałam za sobą pół roku oglądania słońca zza szyby - za spokojnym patrzeniem w niebo tęskniłam ogromnie. Za nudą, za codziennością, gdy wieczorem nie bardzo jest, co opowiedzieć po takim dniu. Ale ze spokojem się milczy - we własny domu, we własnym łóżku.
Antosia po 4 tygodniach pobytu na neonatologocznej eRce "dorosła" do bycia niemowlakiem jak inne - w ramionach Mamy i na Tatusiowej piersi, bez zaplecza medycznego.
Marzył mi się majowy weekend w domu i macierzyństwo bez szpitalnego towarzystwa. Antosia była gotowa ... rodzice nie. 

Jeszcze w szpitalu Tata Kukiełki nie umiał pozbyć się potrzeby liczenia malusieńkich oddechów. Gdy opaska mierząca saturacje Antosi spadała z mikrej nóżki On wstrzymywał oddech. Dotąd właściwie zerka na "niańkę" patrząc na elektronicznie dyndające wahadełko. Pamiętam nerwowe zerkanie na śpiący Cudzik.... oddycha, mówił z ulgą...
W ostanie dni pobytu w szpitalu walczyliśmy o każdy gram na wadze. Magiczna wartość 2 kg była warunkiem przepustki do normalności.  Do świata, w którym rodzice są całym światem dla dziecka a nie pielęgniarskie ręce, przewijające mechanicznie maluchy w 3 godzinnym rytmie.  Do świata, gdzie radość króluje. I tego strachu mniej odrobinę. I tylko parzy się w to swoje dzieciątko ze szczęściem i dumą.
W ostatni dzień kwietnia - tuż przed długim weekendem, dokładnie miesiąc po urodzinach Dziewczynek i dokładnie miesiąc przed planowanym porodem, wyszliśmy do domu. Z wagą odrobinkę na kredyt ale i z nadzieją, że mamusiowe mleczko utuczy szybko małego pajączka. 1970g - Szczęścią, Piękna, Miłośći i Spełnienia, które z każdym dniem od Jej narodzin rośnie. 

Każdego dnia od tamtej chwili jesteśmy razem i w dzień i w nocy. Ale ta miłość jakby większa. Jakby rosła wraz Nią. Czy to możliwe, sama nie wiem. Mam często taki przypływ euforii, radości potężnej, że tulę ją, może nawet zbyt mocno. I wiem, że to cały nasz świat w ramionach noszę.
Dziś świat smakujemy we trójkę. Celebrujemy tę nudę i normalność. Chmury razem oglądamy, korę na drzewie, co zachwyca tak bardzo. Psa łapiemy za ogon i szczęście z każdą chwilą. 
I za tę "nudę" dziękuję, gdy nic się nie dzieje a mimo to godzinę opowiadam, co to dziś nowego Antosia zrobiła...
Dziś rok później z dumy pękam i zachwycam się stale wszystkim...
Jej śpiewem - gdy odkrywa - na na na na na - i sama bije sobie brawo
Gdy swoim smoczkiem z Misiami i Lalami się dzieli - i ciamka przy tym przesłodko
Gdy wszytko, co jedzie radosnym terkotaniem naśladuje i trrrrrrrrrrrr najpiękniej małą buźką robi.
Gdy zaczepia w koło wszystkich uśmiechem i w kolejce w sklepie woła "baba" prosząc uroczo o zabawę  w "kuku" z obcą osobą.
 
I czaruje świat nasz cały, zadziwia i leczy ze smutków, zmęczenie odbiera i siły przynosi.
O takiej normalności wtedy marzyłam i bałam się, że nigdy nie nadejdzie.
Jest. Jest i cieszy do szaleństwa to wspólne patrzenie na niebo i setny raz powtarzane ...ciap, ciap, ciap i stukot malutkiej rączki w parapet gdy wiosenny deszcz z nieba kapie.
Za tę normalność, która dla mnie każdego dnia jest świętem, dziękuję.



19 lutego 2013

Macierzyński po polsku

Antośka zawirusowana - znaczy najpierw był katar, ale to pikuś. Mamy zapalenie oskrzeli. Przeklinam wszelkie możliwe aspiratory do noska. Ant broni się rękami i nogami przed niebieską rurką w pobliżu jej twarzy. Mama-Oprawca ma za zadanie udrożnić nosek, zakropić, zasmarować. Ale płacz jest większy niż przy ćwiczeniach Vojtą. W drodze do pediatry Antosia ma drzemkę. Babcia na tylnym siedzeniu obok, także ;). Gdy prowadzę - odpoczywam. Rolę Pocieszycielki dziś przejęła Babcia.

Niezmiennie ulubione " nie ma Tosi, nie ma Tosi..."
I buziaki są. Na razie dostają je tylko misie i lustro.


U Pani Doktor spotkania z innymi maluchami - to, Antosia uwielbia najbardziej. Mała Zosia buduje dom z lego, Krzyś z Tatą usypia misia, ze złamaną nogą. A Tośka oczopląsu dostaje, nie wie, na które z nich patrzeć. Piszczy i zagaduje. Starszaki się wstydzą albo ignorują.
I pora na nas. Pani Doktor zawsze wita Antkę przytulaniem i całusem w czoło. Ufam jej. I szanuje jej zdanie.  Badanie. Ważenie (7280g). Trochę prywaty, pogaduszki.
  

Pani Doktor kolejny raz namawia mnie bym skorzystała z prawa do przysługującego mi prawa do 2 miesięcznego zasiłku opiekuńczego. Płatny jest, a jakże. Rodzice, których dzieci intensywnie są rehabilitowane, mogą w ciągu roku korzystać z niego przez 2 miesiące. Znam te wersję... i mam jednak, opór ogromny. Dla mnie, to 2 miesiące wynagrodzenia, ale dla mojego pracodawcy... koszt. Stawiam na szali dwa miesiące i miejsce pracy w dobrej, uczciwej firmie, gdzie kłamać nie trzeba i klientów na siłę namawiać. Lubię tam pracować.  Prawo, prawem ... chowam więc świstek, który dostałam od pediatry i zapominam o sprawie.. Nie tak do końca jednak.
Gdy dziewczynki były jeszcze w brzuchu z każdym kolejnym tygodniem liczyłam kiedy skończę urlop macierzyński i będę musiała wrócić do pracy. Przy bliźniętach urodzonych w 2012 urlop macierzyński wynosi 37 tygodni, uwzględniając dodatkowe 6 tygodni. To 13 tygodni więcej niż w przypadku ciąży pojedynczej z powodu dużego obciążenia jakim jest ciąża bliźniacza.
Gdy Pola odeszła wszytko legło w gruzach. Także 37 tygodni urlopu.
Ustawodawca jednak nie przewidział wydłużenia urlopu mamie, której ciąża była bliźniacza - a więc trudniejsza z założenia i bardziej obciążająca organizm, gdy jedno z dzieci umiera.
Ustawodawca uznaje tym samym, że dziecko urodzone z bliźniaczej ciąży, dojrzewając w trudniejszych warunkach w maminym brzuchu nie potrzebuje mamy przy sobie tak długo jak bliźnięta, których brat lub siostra żyją. Nagle okazuje się, że traktowane jest i dziecko i mama jakby bliźniaczej ciąży nie było a tym samym przywilej uznaje się za niezasadny.
Tak było i u nas. Urlop macierzyński skończyłam w ubiegłym roku we wrześniu. Od tego czasu obie z Antosią cieszymy się urokiem bezpłatnego urlopu wychowawczego. Gdybym miała wówczas wrócić do pracy, Antosia miałaby 3,5 miesiąca po skorygowaniu jej wieku. Nie oburza mnie to, ale przyznaję, że mierzi i mam nadzieję, że ktoś niebawem dotknie tych tematów z rozsądkiem i szerzej niż dotąd. Gdzieś w tym wszystkim brak pomyślunku, co to czasem w niestandardowych sytuacjach jest konieczny. 
Jako mama bliźniąt, nie wpisałam się w szablon urlopu, tak wspaniałomyślnie wydłużonego mamom, które mają szczęście cieszyć się podwójnym macierzyństwem. Wiem, że są kraje w których ten urlop trwa jeszcze krócej... ale inne są również warunki opieki zdrowotnej dla dzieci.


 I szablon towarzyszył przy tworzeniu ustawy  o urlopie macierzyńskim, dla mam dzieci urodzonych przedwcześnie. Wiek wcześniaków, koryguje się o tyle tygodni, ile do planowego terminu porodu maluchowi zabrakło. U Antosi to 9 tygodni. W chwili gdy Antka uzyskała wagę zbliżoną do swoich rówieśników - mojego urlopu minęło już ponad 2 miesiące. Nie liczy się też fakt, że tygodnie, czasem miesiące, spędzone przez wcześniaki w szpitalu po porodzie,  to czas mijającego urlopu macierzyńskiego mamy. To jasne, że musi być jakiś punkt odniesienia. W tym wypadku, termin porodu nie jest najlepszym. Mój głos to zdecydowane postulat by korygować, nie tylko wiek dziecka, ale również urlop macierzyński. Nie przekonuje mnie argument, że można zawiesić urlop na czas pobytu dziecka w szpitalu - przyznacie, że to brzmi absurdalnie. 
Od wielu tak w Unii Europejskiej toczy się debata nad stworzeniem regulacji dotyczących tego problemu. Bardziej zajmująca okazuje się jednak krzywizna banana niż temat urlopu macierzyńskiego dla mam dzieci urodzonych przedwcześnie. W Polsce temat niemal nie istnieje.
 

Nie raz pisałam, że wcześniaki to wyjątkowe dzieciaki - także dlatego, że na początku swej drogi bardziej wymagające. Jakość ich życia mocno determinują specjaliści, kolejne badania, leczenie i rehabilitacja. Wszytko bardzo kosztowne i wymagające sporo czasu... Szczęśliwie dla nas jeszcze chwilę mogę 100% swojego życia "zainwestować" w rozwój i zdrowie mojego dziecka. Może jednak warto by o takiej inwestycji pomyśleli Ci, którzy tematem urlopów macierzyńskich zajmują się zawodowo? Celowo używam słowa "inwestować", nawet gdy mowa o bezwarunkowej miłości mamy do dziecka - ten czas  spędzony z dzieckiem, w moim mniemaniu, jest poza wszystkim innym także inwestycją w dobre i godne życie naszych dzieci.

 



23 listopada 2012

2+2

Piąta doba. Wszytko mnie boli. Dziwne, nie wiedziałam, że nieużywane ciało może tak się buntować przy ponownym jego uruchamianiu. 

Kukiełki zaznały cudu ssania z buteleczek. Mamusiowe mleko smakuje wybornie. Całe 7 ml wypite w 10 minut. Oczywiście nie bez pomocy cudnej Cioci Agnieszki. W końcu i my odważyliśmy się karmić dziewczynki. Wbrew temu co myślałam,  nie było prosto. Kukiełki po kilku łykach zasypiały. A mleko lało się z dziubka. 



CRP w normie, hemoglobina też. Dziewczynki robią się rumiane i doskonale tolerują mój pokarm. Dumna jestem z nich. Moja krew mówię i latam między piętrami "dojąc mleko" i nosząc moim Królewnom.


Szczęściarze z Was... mówi Asia, której córeczka również urodzona w 31 tc, od kilku tygodni wciąż oddycha za pomocą respiratora i  mizernie przypiera na wadze.


Jestem najbardziej znaną osobą w szpitalu. W windzie obcy ludzie mi gratulują. Ktoś chce robić wywiad do TVN. Nawet lekarze, którzy wcześniej radzili pozbyć się ciąży zaskakują mnie swoją sympatią.
Z naszych dłoni schodzi skóra - oburzona drastyczną dezynfekcją. No trudno

Tata Kukiełek od rana do nocy koczuje ze mną na krzesełkach korytarza. Co chwile wypraszają nas z sali, w której są 4 inkubatory. Kolejne zabiegi przy maluszkach, pielęgnacja, badania. Dla rodziców to drastyczne widoki, choć przywykłam do plasterków z wenflonami na rączkach, nóżkach czy w główce. 

Szykujemy fetę. Chce podziękować wszystkim za opiekę.

Są torty, kwiaty, kawa i ciacho. Dr. F. tuli mnie jak Córkę.
A ja pijana z radości i ze zmęczenia delektuje się macierzyństwem

Wieczorem Ordynator oddziału przyszła z wizytą...

Dr. O:  Dziś również może Pani kangurować....
Ja: Na prawdę, teraz?
Dr. O: Proszę przygotować zestaw do kangurowania i dać Pani obie Kukiełeczki... 
Ja: Drżałam z podniecenia.

Spojrzałam wtedy na T. miał łzy w oczach. Wiedziałam, że też chce je przytulić.
Poprosiłam aby pielęgniarka przygotowała 2 zestawy - jeden dla mnie, drugi dla Taty Kukiełek.

 










Dziś myślę sobie, jeśli mogę w życiu czegoś żałować na pewno tego, że nie utuliłam moich Córeczek jednocześnie, że nie byłyśmy ze sobą we trzy, tak po babsku, razem. Przedwczesny poród rozerwał ich siostrzany uścisk na zawsze.. już nigdy ani na chwilę nie byłyśmy razem, wtulone w siebie. Tylko w sercu... na zawsze.
 
Walczymy z T. o mleko. Ratuje nam życie profesjonalny laktator,  na dwie piersi. Ja zasypiam T. trzyma tubki przy piersiach, kap, kap, kap... 20 minut! Mleczka musi starczyć dla obu jego fanek. Niestety gdy przelewa się je do woreczków, potem znowu do butelki, sporo się go traci. Czasem niedopite marnuje się w butelkach. Nocą jest najtrudniej. Zasypiam, mleko wylewa się z butelek laktatora, plączę jakbym wylała  coś najcenniejszego. Hormony? Mieszkam w pokoju ze starszą Panią  - którą budzę w nocy brzęczącym potworem ściągając pokarm. Potem mycie i sterylizacja sprzętu i znowu nocna wyprawa.... Moje Królewny śpią. 

Podła jakość zdjęć z telefonu nocą...

Antosia

Poleczka
ciiiiiiiiiiiiiiiiii;)




22 listopada 2012

Pierwsze spotkanie

3 doba... już nie pozwolę aby film w telefonie czy zdjęcie posłużyły jako narzędzie budowania naszych relacji MAMA - CÓRKI. Od rana próbuje podnieść się z łóżka, do dupy. Sama nie dam rady. Bez rehabilitantki nie umie usiąść, nie mówiąc o chodzeniu. 
Na wizycie lekarskiej chwale się, że Pola, oddycha już samodzielnie. 
Jesteśmy jednak na tyle sensacyjną rodziną, że lekarze mają wiadomości z ostatniej chwili.

 Prof. Z. Obie oddychają samodzielnie, mają siłę walki po Pani.

Po błyskawicznej wizycie rehabilitantki - dostaje zgodę. Zobaczę moje córeczki - dziwne uczucie. Docieramy z mężem na neonatologię. Dla mnie wysiłek jest tak ogromny, że już w połowie drogi jazdy wózkiem nie mogę siedzieć. Tygodnie bezruchu dały o sobie znać.
Tam witają nas dziwne, obce dźwięki. Coś piszczy, dzwoni, brzęczy, syczy. Pracują pompy, respiratory, aparatura, która gra jakby koncert, który ratuje te malutkie istnienia. I cztery inkubatory w naszej sali. Cała drżąca chcę dotknąć choć szybę, ale procedura dezynfekcji rąk trwa jakby godzinę! T. doskonale wie,  co robić. Od razu wie, o co pytać pielęgniarek. Sprawdza wagę Dziewczynek, lekki jakie dostają.  A ja oszołomiona. Nie bardzo wiem jak się zachować. Po prostu płaczę. Nie mam siły podnieść się do odpowiedniej wysokości więc widzę tylko stópki. Miedzy inkubatorami jest za mało miejsca by wjechać tam wózkiem.
...........................
...........................
...........................
...........................
Tata ze wzruszeniem przedstawił Kukiełeczkom Mamę. Dziwne to - przecież znałyśmy się doskonale, byłyśmy w trzypaku przez 31 tygodni.
Już się przywitałyśmy. Są PIĘKNE. Obejrzałam tysiące zdjęć przedwcześnie urodzonych dzieci i bałam się, że będą takie... hmmm niedojrzałe. A One są piękne, tylko tycie, dwie malutkie Calineczki. Śpią. Mają cieniutką, papierową skórę, widać fioletowe żyłki. 
Są identyczne. Zupełnie podobne do Taty. Poleczka patrzy na mnie kilka sekund i zasypia.... Ma granatowe oczka.
Nie umiem powiedzieć ani słowa. Dotykam tylko łapczywie, choć najbardziej delikatnie jak umiem,  jej rączki, nóżki i brzuszek. Jest w niewoli rurek, kabelków i wenflonów w mikrych rączkach. Na monitorze parametry oddechowe normują się gdy kładę jej dłoń na brzuszku. Uspokaja się jakby. Ale czary... 
Tosia tuż obok. Nie widzę różnicy. Szukam znaków szczególnych. Ma niebieską opaskę i mocno odchyloną główkę do tyłu. Od razu nazywam ją Rogalisią. Ma duże stopy i długie paluszki w rączkach. Pielęgniarka tłumaczy to tym, że nie ma tkanki tłuszczowej, że te proporcje już za kilka tygodni się zmienią. Na brzuszku ma rany po odklejaniu plastra, skórka jest a tyle cienka, że nie radzi sobie z jego siłą.

O tym, co czułam wtedy... chyba nie umiem napisać. Choć pamiętam te chwile doskonale, jak każda mama, która pierwszy raz widzi swoje dziecko. 
Miałam tyle powiedzieć, scenariusz tysiące razy w głowie napisany zupełnie nie miał miejsca. Łapczywie patrzę tylko, dotykam. Chcę je utulić, tak bardzo chce je tulić na słowa nie ma miejsca. 

Wieczorem spełniło się moje marzenie. Wzięłam Poleczkę na ręce. Trudno tu mówić o "braniu" na ręce. Pielęgniarka położyła mi ją na piersi, otuliła ciepło, podłączyła kabelki i .... i oszalałam ze szcześcia. Czułam  się jakbym odleciała:) Znowu saturacja i tętno się normalizują. Polcia pachnie sianem. Tak, świeżym sianem... nie wiem czemu. Czuje jej ciepły, przyspieszony oddech na szyi. Mruczy coś. Puszcza mimowolne uśmiechy. A ja ani drgnę. Nigdy nie zapomnę tej chwili. Nigdy.
I szepczę... dziękuje, że jesteś, czekałam na Ciebie całe życie... 

  


i śpiewam, tę kołysankę, co każdego wieczora w ciąży...często tylko w myślach. 





18 listopada 2012

Dwa Serduszka

Moją ciążę potwierdziły badania z krwi. Wysoki poziom Beta HCG, jak na ten tydzień ciąży, zupełnie nie dał mi do myślenia. Wizyta u lekarza potwierdziła ciąże. Uczucie niezwykłe ale 8 tc to wstęp, do dalekiej survivalowej podróży, której trudów w moim przypadku, byłam świadoma. Za tydzień kolejne badania - na wielkim ekranie migało coś, na co czekałam, wydawać by się mogło, od zawsze. Lekarz  miał jednak niewyraźną minę, T. także z dziwnym niepokojem wpatrywał się w monitor. ... Na ekranie migotał dziwnie wyglądający kształt.

dr. F: kiedy była Pani u lekarza?
Ja:  Tydzień temu. 
dr. F: I co Pani powiedział?
Ja: Powiedział, że jest serduszko ( z płaczem)
dr. F: Jest serduszko. A nawet dwa
Ja: ..................
.......................
.......................
W moim przypadku problemem była bliźniacza ciąża. Komplikowała i tak trudną sytuację. Lekarz nie krył przed nami, że szanse są minimalne. 
Byłam gotowa na walkę. Ale jakoś wewnętrznie spokojna i nastawiona na cudowne rozwiązanie. Dwa bijące serduszka były dla nas ogromnym zaskoczeniem. T. był przerażony. Bał się o mnie. Bał się o nas. Słusznie. Nawet go rozumiem. 



Brzuch rósł z zastraszającym tempie z uwagi na moje dolegliwości. Wyprzedzał czas o wiele tygodni. 
W 11 tc trafiłam do szpitala z krwawieniem. I tak walka była o każda godzinę. Dziwnie dla mnie lekarze nie robili nic. Kolejne dolegliwości były niczym w porównaniu ze strachem. Nigdy się tak nie bałam.Odliczyłam każdy tydzień. 
Sytuacja się lekko ustabilizowała. W 17 tc lekarze obiecali mi przepustkę na święta Bożego Narodzenia. Szczęśliwa, spakowana, z wypisem w dłoni, dziękowałam lekarzowi za opiekę. Wtedy odeszły mi wody. Pękł worek owodniowy. Dramat był blisko. Mało jest znanych przypadków utrzymania ciąży w takiej sytuacji. To otwarta droga dla zakażenia. To uszkodzenia płodu wynikające ze zbyt małej ilości wód płodowych. Z wyjścia nici - to oczywiste.
Rano dostałam kolejną już propozycje usunięcia ciąży. Podpisałam dokumenty z wyliczanką zagrożeń. Mój opór spowodował wielką awanturę. Profesorowie nie lubią sprzeciwu.
Przez kilka dni nie drgnęłam nawet, wierząc, że pęcherz się zasklepi.
W Wigilie wody przestały się sączyć. Prezent gwiazdkowy? Dostałam salę na wyłączność i miałam piękne święta.  Była wigilia i choinka, pierwsza gwiazdka i dużo wiary, że te Dwa Serduszka w następne święta będą również z nami.
Następne kilka tygodnie były spokojne, no może poza chrapiącymi sąsiadkami. Nie łudziłam się jednak, że wydję do domu przed porodem. 
Planowane rozwiązanie na 1 czerwca było abstrakcją. Ja założyłam sobie plan 34 tygodni. Lekarze mówili ze jesli wytrzymam do 26 tygodnia będzie dobrze. 
W 22 tc dr F wypożyczył nas sobie na kolejne badania. Potwierdził kolejny raz, że to ciąża jednojajowa, jednoowodniowa, jednokosmówkowa - czyli najtrudniej jak może być :)
Dla mnie znaczyło to tylko tyle, że będę mamą dwóch genetycznie identycznych dzieci. Ale czyje są te Serduszka?

dr F: FHR ++, to pierwsze to, Dziewuszka, to drugie..... też. Chyba pora uwierzyć w te dzieci. 

Nigdy nie zapomnę tych słów.
Dostałam skrzydeł, zawsze marzyłam by mieć Córeczkę, a będą dwie. 
Byłam najbardziej znaną pacjentką na oddziale. Przez kolejne miesiące poznawałam mamy, które "wstępowały" do mojej sali tylko na chwile. Śmieszyły mnie marudzenia z powodu długiego, pobytu (np. tygodniowego). Zazdrościłam zakupów wyprawek, na które się nie odważyłam. Zaprzyjaźniłam się z pielęgniarkami i pacjentkami, polubiłam lekarzy.
Czytałam o cudownych historiach dzieci urodzonych w 24-25 tc, które przeżyły. Nie chciałam znać jednak ich dramatycznych historii wierząc, że ja będę miała zdrowe dzieci.
To był fajny czas. Pozwoliłam sobie na  planowanie wyprawki, na planowanie pokoju Kukiełeczek - tylko w głowie. Taki prezent, o którym większość mam zaczyna myśleć widząc dwie kreski na teście.
Jako pacjenta Vip;) dostałam też vipowski jednoosobowy apartament - za który bardzo dziękuję Pani JOLI.  Nie znałam co prawda najświeższych plotek z oddziału - ale to z korzyścią dla mnie, nie lubiłam tych historii - zazwyczaj dotyczyły one jakichś smutnych zdarzeń. Karmiłam się raczej opowieściami z happy endem. Kukiełeczki dostały imiona. Antosia - od początku oczywisty dla mnie wybór imienia, padł na Bliżniaka nr I, który fikał poprzecznie tuż pod żebrami. Drugie imię - Apolonia, dalej zwana Poleczką, tańcowała najczęściej w lewym boku. W związku z tym, że mieszkały w jednym worku owodniowym, Dziewczynki zmieniały swe lokalizacje tak często, że bywało że sami lekarze nie nadążali za nimi. 
Gadałyśmy godzinami, śpiewałam im i opowiadałam o domu, który buduje Tata Kukiełek, o kochanych ciociach i wujkach, którzy nie pozwalali mi się poddać. Pisałam pamiętnik. I rosłam, rosłam, rosłam... a właściwie mój brzuch. Bo ja sama mizerniałam w oczach. Nauczyłam się "kąpać" mokrymi ręcznikami.I modlić tak na prawdę.

W 26 tc zaczęły się skurcze. Brzuch był potężny, nikłam pod jego ciężarem. Do końca ciąży zostałam uwięziona w łóżku. Nie skutkowały polskie standardowe leki. Sprowadzono specyfikii z zagranicy, każdy dzień się liczył. Podano sterydy na rozwój płuc przygotowując mnie do porodu. Lekarze ustalili termin cesarskiego cięcia - 13 marca w 28 tc. Jako specjalistka od podpisywania papierków - znowu odmówiłam rozwiązania ciąży. Wtedy zaczęto też zapisy ktg. Dziewczynki pięknie zapisywały pracę Serduszek. Czasem trwałam w bezruchu 1,5 godziny aby udało się uzyskać prawidłowy zapis. Brzuch falował jak tsunami. 
Coś mówiło mi, że to nie czas, że możemy jeszcze poczekać a ja mimo mocnego wyczerpania dam radę walczyć. Dziewczynki ważyły wtedy po 900g. 
Wzięłam odpowiedzialność na siebie. Uparłam się na "trójkę z przodu". Tuczyłam Kukiełeczki. Modliłam się i wierzyłam,  że robię dobrze. Jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności i znajomości trafiłam w dobre ręce dr. P.

Za pomocą cudów, uporu, wiary, moich bliskich, pielęgniarek i lekarzy dotarłam do 31 tc. To był kres możliwości. Poród był dramatyczny. Znieczulenie nie zadziałało, odmówiłam ogólnego wiedząc, że Kukiełeczki będą miały i tak trudny, wcześniaczy start. 

Antosia 1390g Bliźniak I
Poleczka 1450g Bliźniak II

Trafiłam na "R-kę" dla dorosłych a Kukiełeczki na oddział reanimacji noworodków. Dopiera za 4 dni mogłam je zobaczyć, dotknąć a potem i przytulić.

Przede mną najpiękniejsze 6 dni w życiu, nie mogłam stać o własnych nogach ale ze szczęścia miałam skrzydła. Dwa Serduszka są ze mną, z nami.

 2+2. Zawsze razem...