Akty i sceny kukiełkowej rzeczywistości Antosi, czasem soczyście umajone didaskaliami, czasem z dramatu powstałe lub pełne komedii... A bohaterka Antosia każdego dnia gra siebie... Cudowne Dziecko. Bo Cuda się zdarzają...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zjazd Kuzynostwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zjazd Kuzynostwa. Pokaż wszystkie posty

02 lipca 2013

Rodzinnie nad Smortawą

Wakacje pamiętam z moimi kuzynkami. Dom Cioci ożywał latem, gdy dzieciaki się zjeżdżały.  Wtedy zabawy w domek przy stolarni wujka Miecia - były istnym rajem, pełno było przeróżnych trocin i skrawków drewna z których gotowałyśmy solidnie i pysznie. Były chlebki i mąka, były wiórki kokosowe i dżemy - wszytko EKO, ale tak o tym myśli się dopiero dziś.  Nikt nie dostarczał nam drewnianych tortów, kanapek, warzyw czy słodyczy ślicznie farbami malowanych. Nasza wyobraźnia sama malowała uczty prawdziwe i bogate - ani smaków, ani kolorów nie brakowało. Było nas dużo. Wakacje smakowały chlebem ze śmietaną, cukrem i cynamonem. Patrzyłam na kilka lat starsze Kuzynki piękne jak Boginie z zazdrością. Wszystkie tak cudnie prawie dorosłe, znikały w sadzie, na strychu szepcząc i stroniąc od małolatów.

Godzinami wisieliśmy na drzewach skubiąc czereśnie, z sinymi ustami od zimna moczyliśmy tyłki w rzece. Ściany pokoju, przez lata nie używanego, starsze "towarzycho" wymalowało tak, że przez słów mi brakowało gdy stałam w progu. Wtedy smok, Pszczółka Maja robiły wrażenie. Dziś wzruszam się na myśl o kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, którą Dziewczyny z myślą o srogiej Babci wymalowały. Dla mnie Cioci-Babci, której dyscyplinę ale i ciepło, miłość ogromną do dziś czuje na skórze. 




Zabawy w domek i dzieci przestały być zabawą. Stały się dla nas piękną codziennością. Z żalem patrzę na dom i sad, który od kilku lat obcy ludzie skolonizowali. Listopadowe święta sprawiają, że z kołnierzami na baczność  mamy okazję choć na chwilę się spotkać - czas jednak sprawił, że grób pradziadków nie jest jedynym jaki wspólnie odwiedzamy.
Mamy piękną i bogatą historię rodziny. Ktoś kiedyś wymyślił by spotkać się, celebrować, pół Polski sprosić i hucznie się bawić. Trochę korzeni naszych obejrzeć, młodych historią zarazić, zobaczyć po latach, poznać... 
Tym razem nad rzeką, którą kiedyś jako dzieciaki okupowaliśmy, spotkaliśmy się w tamtym składzie hucznie inagurując wakacje... Kuzynostwo z rodu J. z przyległościami.  Ani komary, ani mrówki, ani chłód ani świeżo narodzone dzieci, ani odległość nie zdołały nas zniechęcić.


Kolejne, znacznie młodsze od nas, pokolenie biegało tropiąc żuki i ślimaki, nad ogniskiem skakało i próbowało "wytrzymać do dziesiątej"... bo przecież wakacje!
Antosia jak małe cyganiątko z rąk do rąk, zadowolona ogromnie, bo dzieci całe mnóstwo.
Patrzyłam z okna usypiając Antkę na rozbiegane maluchy. Dużo ich. Mamy chyba wdrukowaną w genach rodzinność i biesiadę. Jest coś niezwykłego w tych spotkaniach. Rodowe nazwisko, od którego wszytko się zaczeło powoli znika, bo jakoś sporo u nas Kobiet, przyjmujących nazwisko po mężu. Maluchy z błogą nieświadomośćią gubią się w imionach cioć i wujków - sama kiedyś się gubiłam. Nowe nabytki w rodzinie świetnie sie odnajdują i z przyjemnością świętują, jak mój Mąż.
Czy uda nam się zarazić tą chęcią spotykania i nasze Dzieciaki... nie wiem! Z pewnością ten zjazd kuzynowski będzie miał kontynuację.