Akty i sceny kukiełkowej rzeczywistości Antosi, czasem soczyście umajone didaskaliami, czasem z dramatu powstałe lub pełne komedii... A bohaterka Antosia każdego dnia gra siebie... Cudowne Dziecko. Bo Cuda się zdarzają...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gościnnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gościnnie. Pokaż wszystkie posty

05 listopada 2013

Znowu w lesie

Antka walczy z zapaleniem oskrzeli. Dziś odzyskuje spokojny sen bo kaszel nareszcie ustaje, a ja robię porządek w październikowym katalogu ze zdjęciami. I jakoś dużo tego... bo dużo pięknych, zabawowych dni na podwórku za nami. Łaskawy to był miesiąc pod względem pogody.
Chwile temu była też piękna, cieplutka sobota. I nasi Goście - Ewa i Lily. Różnica wieku między dziewczynkami powoli się zaciera. Lily cudna opiekunka - trzymała Antkę za rękę - gdzie tylko mogła, chciała karmić, wózek prowadzić, głaskać. Tyle, że moja mała 19stka - już nie taka chętna do tej opieki - bo sama chce świat przemierzać.  Tradycyjnie poszłyśmy do lasu - dziewczyny szalały w liściach i zacienionym lesie sosnowym. A my gadałyśmy.... no i trochę "cykałyśmy"









26 października 2013

Jaka Matka, taka Córka

Dziś, nie o nas będzie. 
...
Chwile temu obie, Pina i Renia, trzaskały bukiet za bukietem do weselnych dekoracji naszej sali. I jak wczoraj pamiętam, gdy moją histerię i zmęczenie strawiły przepięknie układając kwiaty. 
Pół własnego ogrodu ogołociły aby było idealnie. Bo Renia nigdy nie odpuszcza. Ma być perfekcyjnie. I tak było. 


I do łez zawsze mnie doprowadzą gdy dla Poleczki wyczarują bukiecik. Przychodzę, przyklękam i świata nie widzę najpierw. Po chwili dopiero dociera do mnie, że Pina musiała tu być...
Takie czarowanie z kwiatów Pina ma po mamie. Renia nawet chwasty umie oswoić i wydobyć z nich urok. No i wie co z czym, jak.  Zawsze najpiękniej.

 

A jak spacerując, wdepniemy do nich, Antka szaleje bez reszty. Tam przesłodkie maliny z krzaka prosto i borówek całe mnóstwo. U Reni jak w czarodziejskim ogrodzie. Jeż, co w trawie śpi. I ten ogród przepastny. A taki jak lubię najbardziej. Nie, że tuje i trawa na zero. Jest jakiś urok niezwykły. Trochę tajemnicy i dzikości. Dzikości takiej pod kontrolą. Ale najwięcej to serca w tym widać. I że każdy kącik to z pasją plewiony, sadzony i z rozmysłem solidnym. Wszytko to spójne i takie Jej.











Tych zdolności Bozia niektórym daje na prawdę całe mnóstwo.  Pina, wierzcie mi, ma ich chyba "zmilion" w rękach. Bo jak namaluje to tak, że dech zapiera.  Jak igłę w palce pierwszy raz wzięła to się cudną lalą dla Antki skończyło. Debiut, ale jaki! Od baletek po czuprynę w rękach wszytko uszyte.




Jeśli te kwiatki kiedyś nie pochłoną Piny bez reszty będzie świetnym architektem. Albo w małej manufakturze słodkich smaków, będzie motyle ręcznie robione sadzać na słodkich muffinach oddając się kolejnej swej przyjemności. Pewne jest, że za co by się nie wzięła, to zrobi to pewnie przepięknym. Taki dar, po Mamie...




21 marca 2013

Gościnnie

Dziś w Teatrzyku mamy Gościa. W roli reżysera występuje M. Moja M. Pisać Ona pięknie potrafi. I tak nieskromnie, dziś będzie o mnie.

E.

Smukłe stópki, chude ręce, dłonie jak u ptaszka. Rozwichrzone, ciemne włosy. Dłuuugie, po pas prawie. Ciasne gumki, w które mama krępowała jej piękne dwa warkocze, źle znosiła. Po wyjściu z domu, ze staranną "nielubianą" fryzurą, ruchem naturalnym ściągała wszystkie gumki, frotki i inne kotki. Szło to małe Dziewczę z wielkim tornistrem na lekcje, w latach, kiedy jeszcze rodzice nie odwozili dzieci pod szkołę, tylko słali buziaki na progu domu, by radziły sobie same. Tak oto szło to Dziewczę krokiem dzielnym, bo pilnym uczniem było.  A to, że czasami - zamiast na przystanek PKSu - wybrało wersję na piechotę, to tylko rozgrzewało rumieńce. Gdzie zdążyć miała, zawsze zdążyła. Na dygresje wciąż miała czas, bo pomysły rozmarzonej głowy sypały się jak liście jesiennej wierzby. Charakter miała kolorowy. Kłóciły się w niej siły posłuszeństwa i skrajnej indywidualności, której nie straszny autorytet starszego. Ograniczeń nie lubiła od zawsze. Oczyszczenie jednej kobiałki truskawek było większym problemem od przekopania wielkiego strychu starego domu, w poszukiwaniu skarbów przeszłości.  Lubiła zakamarki. Wyszukiwała takowe gdzie popadło i wiła tam swoje małe światy. Stara szopka, z rzadka używana letnia kuchnia, bagnisty, zapomniany teren za ogrodem sąsiadów - wszystko  stanowiło doskonałe lokum na teraz. Lubiła planować, przegadywać wszystko godzinami. W sytuacjach zaskoczenia - waleczna, wygadana, pyskata. Kilometry wybiegały jej dziecięce stopy bez butów.  Długie godziny moczyła się w rzece, aż usta nabierały koloru śliwki. Wtedy chleb z cukrem i cynamonem smakował jak nigdy później. Swoją owocową miłość przejawiała wciąż lepkimi palcami od soku sadów i ogrodów, w których spędzała całe lato. Brzoskwinie przy niej nigdy nie doczekały dojrzałości. Do tej pory lubi te twarde, zielonkawe jeszcze. Co roku "umierała śmiercią czereśniową", jak zwykłyśmy mawiać. 

4 letnia E. ...

Po okresie młodzieńczych głupotek, przyszedł czas rozmyślania. Trwał dość długo. Przychodziła do mnie niemal co dzień, siadała kuckiem pod kaloryferem, bo ciepło działało jak dobry masaż.  Mówiła, dużo mówiła, co jej w duszy gra. Grała tęsknota za czymś po części nieokreślonym, bo trudno się zdefiniować w pewnym wieku. I słyszę określenie, wypowiadane przez nas wielokrotnie: „Zmęczone twarze, Świeże makijaże” - o tym, co mierzi wokół i w co wplątać się nie chcemy. A potem wyjechała do miasta i nie było już tych codziennych spotkań. Aż wreszcie przyjechał Ktoś stamtąd. To był T., teraz już Jej mąż. I między całą masą zmian w kolejnych 8 latach, wróciła "nasza" codzienność. Znowu obcuję z Jej humorem, jak dla mnie idealnym, jakby wprost z listów A. Osieckiej, którą zawsze lubiłyśmy. 

Roztańczona i rozśpiewana. Z dużym dystansem do siebie samej, potrafi zrobić z siebie wariatkę (nomen omen jedna z jej piosenek życia to "Wariatka tańczy"*).  Styl nieokreślony, wielowarstwowy. Jednego dnia jak kolorowy ptak, drugiego ascetycznie, jak baletnica w czerni. Wspólnym mianownikiem tego chaosu jest czerwień na paznokciach i czasami na ustach, którą tak lubi Tylko Ona wie co oznacza "taniec kuny na szkle" czy "piechotą do kultury". Również tylko Ona zna tajemnicę przejścia przez lodowatą rzekę wpław, w pewne listopadowe popołudnie, bo do takich była zdolna (wspomnę jeszcze o Piaskowym Dziadku w górskim strumyku i czarnych traperkach pod białą szatą Aniołka, bo wiem, że te hasła wywołają uśmiech na jej twarzy). Kto E. dobrze zna,  potwierdzi, że talent towarzyski u Niej na pierwszym miejscu. Choć się wzbrania, tak właśnie jest. Zawsze podziwiałam jej lekkość nawiązywania kontaktów i odwagę, z którą u mnie bywało różnie.  A dziś już w głowie jej ten tak zwany święty spokój... czas spędzony na uprawie malin, celebrowaniu zwyczajnego życia, grzebaniu w ziołach w wielkich donicach, piciu herbaty w jasnym kubku (bo przecież  z ciemnego nie smakuje tak dobrze) i plucie pestkami czereśni w czerwcowe popołudnia na trawie. I wolne stopy, wystawione do słońca. Z pewnych rzeczy się jednak nie wyrasta....
Oto kilka zdań o E. - autorce tego bloga. Więcej nie zdradzę. O części pewnie nawet nie wiem. 

Po co to wszystko? Poniekąd dla wspomnień, po części dla Tosieńki, której - mam nadzieję -  opowiem kiedyś dużo więcej i pikantniej, kim tak naprawdę jest jej Mama:)
Czas zapędził się do przodu, trochę nawet nazbyt, bo tak z próżności, chciałoby się zawsze mieć te 3 lata mniej. W pewien letni, rzewny w nastroje wieczór, określiła (-śmy) sobie granicę wieku,  kiedy to pewne rzeczy zdarzyć się po prostu MUSZĄ. I wiecie co? Z małym, maluteńkim poślizgiem się zdarzyły!
Otworzyłam skrzynkę wspomnień i mogłabym tak bez końca, tylko po co, skoro TU i TERAZ to pastelowy błękit oczu jej Córeczki. To jest teraz jej barwa szczęścia. O tym jest właśnie ten blog. 


M. :)